sobota, 26 października 2013

Ja, sposobność iście przygodna, czterdzieści parę kilogramów nieregularnie zdemontowanych na metr sześćdziesiąt cztery kości, stawów, więzadeł, tkanek, narządów i mięsa. Całokształtu konfiguracji z jakich złożył, wykreował, skonstruował i skomponował mnie wszechświat oraz ogół kompilacji. Ja, prowadzę swój pług przez kości umarłych.
A człowiek? Istota, która budzi we mnie zgrozę, jednocześnie diabelnie pociągając moje ego. Wielbię go i nie trawię za to, że skazuje mnie na opentańczą bezczynność. Nie rozumiem tego zachwiania w wyniku odsunięcia się i znacznego odpłynięcia od determinizmu losu. Człowiek, homo sapiens, istota ludzka, stworzenie Boże przepełniony jest licznymi sprzecznościami. Skomplikowanie wypływa z niego uszami, drży na samą myśl prawdy. Prawdy o egzystencji, o jego marnym losie. Tknięciem palca wskazującego mogę go zniszczyć. Odczuwam okropną abominację do niego i do siebie, brzydzę się. Istota ludzka jest najokrutniejsza. Zakłamana, parszywa. Na świecie nie ma osoby czystej niczym łza, woda destylowana, świeżo wypolerowane szkło. Nie ma osoby, która nie pożąda krzywdy drugiego. Po prostu taki ktoś nie istnieje. Jesteśmy zbyt egoistyczni, zadufani w sobie, zapatrzeni we własne potrzeby, żądze. Altruizm wymarł, a może w ogóle jest tylko idyllicznym stwierdzeniem mające na celu pocieszenie mas. Jesteśmy niczym wśród całego tłumu, z naszymi troskami, osiągnięciami i naturą.
Ja, bękart tego pękniętego świata, odczuwam do siebie tonę odrazy. Odrazy wynikającej z faktu, że jestem człowiekiem. Łatwowierność, bojaźń, bezsilność. Boję się, cholernie się boję. Nie wiem dokładnie czego chcę i czego szukam. Ty, smarkaty bastard, bolisz mnie. Tak pięknie mnie bolisz. Swoją akinezją, marginalizacją. Czuję się jak ziarna kawy w kubku, które przynoszą ukojenie, aczkolwiek tylko chwilowe, po czym napływa fala zapomnienia. I tak w kółko.

Kawa, dym, ciemność, pustka, pożądanie, spokój, odurzenie, zapomnienie, upojenie, pragnienie.
Gniję.

Brak komentarzy: